Dziękujemy.
Tymczasem nowe wieści są takie: Pojechaliśmy do Chicago, do polskiego weta. Liczyłam na inny tok myślenia, na zmianę antybiotyku. Tu się udało. Wet bez wahania odrzucił teorie o zapalnej chorobie jelit i inne bzdury. Wspomniał jakiś podobny przypadek (choć tamten pies chudł w oczach, a nie chorował tak gwałtownie) i postanowił spróbować leczenia, które wtedy pomogło. Jako, że leczenie obejmuje dłuższą terapię nieźle dobranym antybiotykiem, poszliśmy na to.
Mamy już pierwszy efekt: Kaori przestała jeść. Całkowicie.
Od soboty wmuszam w nią po 1/5 normalnej porcji, a to pod postacią jajecznicy, mięcha podawanego na spacerze w nagrodę za dobrze wykonane polecenia, dziś na kolację był chleb z białym, serkiem... Byle coś innego - co kojarzy z nagrodą albo czymś ekstra i byle nie w okolicy miski, to jeszcze jakoś wejdzie.
Dziś kupiłam jej liofilizowane mięsko z bizona. Nie jestem w stanie tak jej karmić, już jagnięcina była tańsza. Ale coś jeść musi.
Mam jeszcze mirtazapinę - antydepresant silnie pobudzający apetyt... Ale nie chcę znów męczyć jej świeżo wyleczonej wątroby. Szukam nazwy, bo jest tu ponoć dostępny preparat z konopii (wydawany na receptę i po okazaniu dokumentu potwierdzającego tożsamość...) Może będzie lepszy?
Tego jeszcze nie było. Kaori miała już masę badań, zwiedziła szpital uniwersytecki, chodziła na rehabilitację, nawet była u behawiorysty! (po zaświadczenie, że może chodzić ze mną do pracy). Ale trawki dla niej jeszcze nie kupowałam.
Generalnie nie jest źle, ale chwilami ręce opadają. Jeszcze trochę i się zastrzelę. Przy tutejszym dostępie do broni palnej (w Indiane jest ponoć więcej sztuk na głowę niż w Texasie!), nawet nie będę się wieszać, po prostu się zastrzelę.
P.S. Chicago to jednak naprawdę Jackowo: na 7 właścicieli zwierząt w przychodni tylko jedna nie mówiła po polsku. Ja sama zdurniałam, jak dostałam formularz rejestracyjny do wypełnienia... też po polsku. Aż dziwnie było.